portret-aska

 

Mówią na nią Asior. Zaczynała w 1988 roku, w kabarecie Drugi Garnitur. W 1989, kiedy zespół zakończył swoją działalność, Joanna metodą transferu dostała się do powstającego z popiołów kabaretu POTEM. W zespole tym grała do 1999 roku, z powodzeniem wcielając się w role kapturków, królewien (przeważnie brzydkich), dzieweczek i babochłopów. W 2000 roku urodziła dziewczynkę o imieniu Hania, która to jest piękna, mądra i niepodobna do mamusi. Aśka w Hrabi jest liderem, jednym z. Bo w Hrabi liderów jest dwóch, co sprawdza się znakomicie. Aśka jest najbardziej ortodoksyjna w sprawach artystycznych. Kamol zaś nie przejednany w sprawach pozostałych.

Inni o niej: Legendarny element żeński. Monstrualny zmysł komiczny, niepowtarzalny styl, powalający urok. Z rezerwą podchodzi też do junkersów. Przedstawicielka niespokojnego, poszukującego nurtu A’YoY („Studio Eksperymentalne”), przez co zdarza jej się normalnie przegiąć. Nie zawsze. Natura aktywistki.

zawijasek

 

Muzyka. Bez niej nie wyobrażam sobie życia. Gdy dzieje się w nim coś ważnego – bywa, że niedobrego – muzyka potęguje huczące we mnie żywioły. Wprowadza jednocześnie w nowy świat i uszlachetnia moje cierpienie. Ból zaczyna mieć sens. Słuchając czegoś pięknego muzycznie myślę – że cokolwiek się stanie – na zawsze zostaną te dźwięki, a żadna szuja czy złodziej, nie zdoła ich upodlić. A gdy dobrego się dzieje – rzadkość cherlawa – muzyka działa jak wzmacniacz. Po co ćpać? Są piosenki, które opuszczają nasze powieki do połowy i unoszą pośród.

A czego tak pięknego słucham… Na pierwszym miejscu Joni Mitchell i Beatlesi. To moje dwie namiętności muzyczne życia. I będę się tego trzymać, choćby jakieś cholery przytaszczyły mi inną, genialną muzykę! Beatlesi byli od zawsze, w całości, bezapelacyjnie. Gdybym miała o nich napisać, co czuję i jak bardzo – musiałabym wydać opasłą książkę. W dodatku banalną. Kto chciałby czytać o tym, że jacyś goście z Liverpoolu ukształtowali i rozbudzili na zawsze moją wrażliwość. Nie tylko muzyczną. Poruszyli coś, co mam głęboko w środku i tak zostało do dziś. Amen.

Do Joni Mitchell musiałam dojrzeć. Odkryłam ją w 1994 roku, w chwili gdy zakupiłam swój pierwszy odtwarzacz CD! Za mozolnie odkładane pieniądze. A nie było łatwo! Mając obok kolegę, który gdy tylko widział u mnie większą gotówkę, rzucał tekstem: O k…a ile kasy pożycz! Jednym tchem, bez przecinka. Ale z wykrzyknikiem. No to jak miałam nie pożyczyć, skoro bez przecinka? Pożyczałam, choć z oddawaniem były przygody. Na ich podstawie, Harrison Ford mógłby skakać na linie, uciekać przed wężami i obalić reżim. Pierwszą płytą Joni, na którą wydałam – z trudem wydarte z lepkich łapek kolegi pieniądze – była Blue. Oszalałam na jej punkcie. My old man, Blue, River… najulubieńsze. A potem jej wszystkie płyty i godziny wbijania się w to, co oferuje jej nieziemski głos. I dalej Cocteau Twins i Dead Can Dance, namiętnie słuchane jeszcze na studiach, po latach nieco przeze mnie zapomniane. Choć Cocteau T. nadal wzrusza, przypomina, odświeża zmysły.

Paul McCartney, Elvis Costello ze swoimi Juliet letters, Muse, Kings of Convenience, Blackfield, Chris Cornell, Organek, John Mayer, Frank Ocean, Pust i ich uwtór Innocence, Melody Gardot, Mietek Szcześniak, Opeth, Pharrell Williams, Porcupine Tree, Scott Matthews, Sevendust, Sting, Aga Zaryan, Douglas Dare i ukochany Fink.
Świat się nie kończy, więc poproszę o więcej.